wtorek, 26 maja 2015

Faceci i jedzenie

Nie jest tajemnicą to, co już od dawna powtarzają nam nasze mamy i babcie - przez żołądek do serca mężczyzny. Kiedyś jak byłam jeszcze mała, a nawet i trochę później śmiałam się z tego i wychodziłam z założenia, że jak facet kocha - zje wszystko czym go poczęstuję, nawet jeśli nie będzie to najwyższych lotów ;) Kiedy zaczęłam się spotykać z moim obecnym mężczyzną postanowiłam go zaprosić na obiad (randkę?), żeby go po prostu trochę lepiej poznać :) Nie chciałam przygotowywać niczego w ciemno, więc najpierw zrobiłam mały wywiad na temat tego co lubi jeść, co mu najbardziej smakuje i na podstawie zdobytych informacji postanowiłam zrobić spaghetti bolognese. Rzecz prosta, nie wymagająca za wiele wysiłku i czasu - w sam raz dla mnie. 

Mój mężczyzna bardzo się ucieszył i z niecierpliwością czekał na obiad. Jakież było jego zdziwienie kiedy zobaczył to, co mu podałam! Na talerzu był makaron, ale taki jak do zupy z sosem bolońskim, ale ze słoiczka i drobno pokrojonym kotletem mielonym w roli mięsa ;) No co? Kiedy zabierałam się do przygotowywania tego "dania" okazało się, że nie mam makaronu spaghetti ani mięsa mielonego a nie chciało mi się biegać do sklepu, poza tym nie miałam już na to za bardzo czasu i postanowiłam wykorzystać zamienniki ;) Jedynym makaronem jaki miałam w kuchni był właśnie ten do zupy, a z kategorii mięso znalazły się w zamrażalniku tylko kotlety mielone przywiezione kiedyś od mamy ;) I w takich okolicznościach powstało właśnie to wspaniałe danie :p On co prawda zjadł, ale nie był szczególnie zachwycony i nie mógł wyjść z podziwu jak z tak pysznej rzeczy jaką jest spaghetti bolognese można zrobić coś takiego ;) Co prawda nie skasował wtedy mojego numeru telefonu i spotykaliśmy się dalej, ale musiałam obiecać, że już nigdy nie będę stwarzać w kuchni takich "wynalazków" ;) A i tak do tej pory zdarza mu się mi to felerne spaghetti wypominać...

Od tego czasu starałam się jakoś poprawić moje zdolności kulinarne, korzystając z przepisów z internetu, oglądając MasterChef, itd. i chyba jakoś to poszło, bo teraz z jego ust padają już tylko komplementy na temat przygotowywanych przeze mnie posiłków :) I tak czasami sobie myślę, że to dzięki temu nasz związek dalej trwa - bo który facet odmówił by sobie stałych dostaw dobrego jedzonka ;p

Dziś na czarną listę wędruje robienie dziwnego jedzenia i nieprzemyślane do końca kombinatorstwo w kuchni kiedy gotuję dla swojego mężczyzny ;)


P.S. Moje spaghetti chyba zostało przebite przez to, które zrobiła dla mojego brata jego dziewczyna: makaron do zupy + sos z torebki + parówki zamiast mięcha ;)

niedziela, 24 maja 2015

Kosmetyki od "Chińczyka"

Dzisiaj będzie coś ku przestrodze ;) Od czasu do czasu lubię odwiedzać i szperać w tak zwanych chińskich sklepach - na ogół znajdziemy tam całą masę tandetnych rzeczy, ale zdarzają się też perełki. Kiedyś kupiłam tam za złotówkę taki gadżet, który z jednej strony ma wejście USB (można go podłączyć do komputera) a z drugiej miejsce na włożenie karty pamięci mini SD, co umożliwia transfer danych między kartą a komputerem - proste, ale przynajmniej w moim przypadku bardzo przydatne. Stwierdziłam, że złotówkę jestem w stanie poświęcić nawet jeśli to ma mi się po tygodniu zepsuć, ale służy mi już chyba ponad rok i wszystko jest w porządku.

Ale nie o tym miało być ;) Innym razem u tego samego Chińczyka za całe 2 złote nabyłam lakier do paznokci w kolorze pięknej, głębokiej czerwieni. Kolor bardzo klasyczny, idealny do wszystkiego, a ja wówczas takiego właśnie poszukiwałam i dlatego się skusiłam (tym bardziej, że za dwa złote!). Wróciłam do domu i od razu zabrałam się do malowania paznokci - przecież nowy lakier od razu trzeba przetestować ;) Nie mam jakoś specjalnych zdolności do tego, więc jeden paznokieć nie udał mi się do tego stopnia, że dosłownie po paru minutach musiałam go zmyć. I jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że w tak krótkim czasie ów lakier zdążył mi zabarwić płytkę paznokcia na paskudny żółty kolor! Coś okropnego, moje dłonie wyglądały co najmniej jak u starego palacza (a ja nie palę...). Paskudztwo! Musiałam czekać, aż paznokcie odrosną, żeby się tego koloru pozbyć; za każdym razem obcinałam je całkiem króciutko, żeby jak najmniej było to widoczne. Dopiero po jakimś czasie przyszło mi do głowy, że nie powinnam tego lakieru nakładać na czysty paznokieć, ale na jakąś bezbarwną bazę - sama sobie jestem częściowo winna ;)

Ten piękny czerwony lakier mam do tej pory, ale nigdy więcej nie odważyłam się pomalować nim swoich paznokci nawet tylko po to, żeby sprawdzić czy taki sam efekt byłby po nałożeniu go na lakier bazowy. Na tych samych zakupach wpadł mi w oko również lakier do paznokci, ale w kolorze łososiowym, również za 2 złote, ale w innym opakowaniu (może inna firma, inny skład) i z nim takich problemów nie ma. Nauczka jednak pozostaje - nigdy więcej nie ładować nowego i niesprawdzonego lakieru na "goły" paznokieć!

Być może to co napisałam dla większości jest oczywiste, ale wiadomo - powtórzyć i przypomnieć nie zaszkodzi ;)

poniedziałek, 4 maja 2015

Tak mi się przypomniało...

Tak mi się przypomniał jeszcze jeden punkt na czarną listę, na który trafiłam już jakiś czas temu i nie chcę mieć z nim więcej do czynienia i jest to szampon do włosów. Moje włosy są generalnie dosyć suche i "sianowate" bliżej końców, natomiast mają tendencje do przetłuszczania się u nasady. Nie jest to najmniej wymagający rodzaj włosów do pielęgnacji i w związku z tym ja cały czas poszukuję szamponu, który by te moje włosięta ogarnął w całości. Praktycznie za każdym razem kupuję inny szampon do przetestowania z tej racji, że nie trafiłam jeszcze na ten idealny ;) Kiedy zobaczyłam w telewizji reklamy szamponu, o którym dziś mowa pomyślałam, że będzie to wreszcie coś dla mnie - mega nawilżający i nabłyszczający.

Szampon do włosów "Moc i Blask" z różą z Jerycha/Timotei

Gdyby chodziło tylko o to, że produkt nie spełnił obietnic dawanych przez producenta to byłoby to jeszcze pół biedy. A tymczasem nie dość, że moje włosy nie wyglądały po nim lepiej i mniej "sianowato", to jeszcze po kilkukrotnym użyciu zauważyłam u siebie łupież... :/ Z tym nigdy nie miałam problemów i w tym czasie nie zmieniałam żadnych innych kosmetyków do pielęgnacji włosów, stąd moja pewność, że przyczyną jego powstania był właśnie ten szampon. Musiałam sięgnąć od razu po szampon przeciwłupieżowy - na szczęście po kilku myciach udało mi się go jakoś zwalczyć.W każdym razie więcej tego szamponu nie kupię na pewno i podejrzewam, że innych produktów z linii "Jericho Rose" także nie będę miała ochoty testować ;)

Druga rzecz kosmetyczna, która mi nie przypadła do gustu to

Poczwórne cienie do powiek Glamour Palette/Sensique

Kupiłam, bo były tanie, a spodobało mi się zestawienie kolorystyczne - i przyznam się szczerze, że był to zakup całkowicie pod wpływem impulsu ;) Nie miałam nigdy wcześniej z tymi cieniami do czynienia, nie zajrzałam też do internetu w poszukiwaniu opinii o nich i to był mój błąd. Są średnio napigmentowane i dosyć suche w swojej konsystencji, przez co osypują się na policzki przy aplikacji. Na moich powiekach trzymają się słabo, nawet przy uprzednim użyciu bazy pod cienie. I do tego mają strasznie dużo takich brokatowych drobinek, za czym ja osobiście nie przepadam, tak więc nie jest to produkt dla mnie.

To była kolejna porcja moich nietrafionych zakupów: pierwszy totalnie na NIE, drugi natomiast zupełnie nie jest dla mnie, ale nie wykluczam, że ktoś inny mógłby być z niego zadowolony ;) Pozytywnym aspektem takich sytuacji jest to, że nauczyłam się w końcu przed zakupami zasięgać opinii o produktach u znajomych lub internautów :) Więc chyba nie ma tego złego...